Bloog Wirtualna Polska
Są 1 230 054 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 46740

Lubię to

Kategorie

O sędziach w III RP

niedziela, 30 czerwca 2013 22:35

Telewizja Republika (żeby było jasne, za możliwość oglądania jakiejkolwiek telewizji nie płacę, bo szkoda byłoby mi pieniędzy!) pokazała program poświęcony sędziom w Polsce, w którym to wypowiadali się ludzie, którzy mieli do czynienia z sądami. Wniosek był taki, że tzw. upadek komuny w 1989 r. „czerwonej zarazie” w togach nie zaszkodził, a awans w tym środowisku odbywał się i odbywa według zasady, im większa świnia tym wyżej siedzi.

 

 

Zdaje się, że we wspomnianym programie nie omówiono sposobu w jaki osobnik zostaje sędziom. A jest to kwestia kluczowa dla zrozumienia przyczyn degeneracji tzw. wymiaru sprawiedliwości. Parę lat temu dziennikarze ujawnili, że w Gdańsku na liście dziekańskiej na wydziale prawa znalazły się wyłącznie dzieci prawników. Czyli, gdyby nie podanie do pana dziekana, to by co najwyżej mogli zdawać na prawo za rok. Podczas studiów potomkowie prawników obijają się. Po co mają wkuwać przed egzaminami, skoro pozytywna ocena z egzaminu zostanie przez tatusia czy mamusię załatwiona. To, że trzeba należeć do grupy rodzin prawników, żeby dostać się na aplikację wie każde dziecko. Gorsze jest jednak to, że są ludźmi nieuczciwymi. Jeżeli nieuczciwie zostali przyjęci na studia, nieuczciwie zdawali egzaminy, nieuczciwie dostali się na aplikację, to jakoś nie wierzę w cudowną metamorfozę i nagłe przedzierzgnięcie się ich w uczciwych pracowników wymiaru sprawiedliwości.

 

 

I trudno się dziwić, że taki sędzia będzie wydawał wyrok, w najlepszym wypadku, jaki mu do łba strzeli, w najgorszym według rozkazu. Przypuszczam, że ci wszyscy sędziowie mają zwykłych ludzi w głębokiej pogardzie, a procesy w których wydają wyrok są dla nich tylko pretekstem do brania pieniędzy. Lojalni są wobec swojej sitwy, bo swojej sitwie wszystko zawdzięczają. A powinni wobec społeczeństwa. A jak być lojalnym wobec społeczeństwa? W tym kontekście oznacza to bycie uczciwym i przestrzeganie prawa. Okazuje się, że nawet dla sędziów w III RP to zbyt wiele.

 

Co więc trzeba zmienić w tzw. wymiarze sprawiedliwości. Jedni powiedzą, że prawo, bo to wymusi zmianę rekrutacji na uczelnie, na aplikację i do zawodu sędziego. Inni, że można zmieniać prawo a oni i tak znajdą sposoby, żeby je tak ponaginać, aby wszystko zostało po staremu. Niestety, wnioski nie nasuwają się optymistyczne.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Czy Tomasz Lis będzie zbierał puszki po piwie?

czwartek, 27 czerwca 2013 20:25

Na stronach Najwyższego Czasu! przeczytałem, że na temat listu w obronie prof. Krzysztofa Jasiewicza, jaki m. in. i moja skromna osoba podpisała, napisał artykulik sam redaktor Tomasz Lis. Przypomnijmy, że prof. Jasiewicz udzielił wywiadu dla jakiejś gazety, który to wywiad tak bardzo się nie podobał, że aż postanowiono autora wywiadu pozbawić jakiejś kierowniczej funkcji w PAN. Mimo mojej niechęci do osobników, którzy siedzą na stołkach opłacanych przez państwo i samorządy, podpisałem list, a to dlatego, że wypada stanąć w obronie wolności słowa. Dziś ukarzą jednego za wywiad, jutro za wpis w Internecie, a pojutrze za samo nieprawomyślne myślenie.

 

 

 

Nie będę komentował tego co napisał Tomasz Lis, a to dlatego, że nie zwykłem wdawać się w dyskusję z cudzymi pachołkami. Zwrócę tylko uwagę na jeden fragment (trzy wymienione osoby, to nazwiska osób, które m. in. podpisały list): „Panowie Bender, Wolniewicz i Cenckiewicz gdzieś pracują, jakieś instytucje oni i inni sygnatariusze listu reprezentują. Jeśli instytucje te nie chcą, by hańba, którą okrywają się pseudonaukowcy spłynęła także na nie, powinny twardo, stanowczo i bezkompromisowo zareagować. Jeśli tego nie uczynią, uzasadniony będzie pogląd, że głupota i antysemityzm są w Polsce często tolerowane i to dokładnie tam, gdzie nie powinny być tolerowane nigdy i pod żadnym pozorem.” Do czego to doszło. List w obronie wolności słowa jest już antysemityzmem. Ciekawe co będzie dalej.

 

 

 

Nie wiem, gdzie pracują sygnatariusze listu i jakie instytucje reprezentują. Ciekawe, że do głowy redaktorowi Lisowi nie przyszło, że mogę reprezentować siebie. Widać u nich jest inaczej. Gorzej, że po wezwaniu Tomasza Lisa grożą represje tym, którzy list w obronie prof. Jasiewicza podpisali. I jak tu zaprzeczyć, że wolność słowa w III RP jest podobna do wolności słowa w PRL. Mnie to nie dziwi, III RP to tak naprawdę II PRL. Na szczęście mnie z roboty z wilczym biletem wywalić nie mogą, a to dlatego, że nigdzie nie pracuję, a nawet, jak dowiedziałem się niedawno w urzędzie pracy, awansowałem już na bezrobotnego długotrwale pozostającego bez pracy i jak już pisałem, zbieram sobie aluminium w postaci puszek po piwie i napojach, zgniatam to i sprzedaję w skupie złomu.

 

 

 

Wychodzi więc na to, że pozostanę bezkarny. Ale czy kogoś po wezwaniu tak często nagradzanego dziennikarza (obstawiam, że w przypadku wprowadzenia stanu wojennego, oczywiście w obronie demokracji zagrożonej przez faszyzm, redaktor Tomasz Lis prowadziłby swój program w telewizji publicznej w mundurze co najmniej kapitana) mogą ominąć  represje? Fachowcy od mokrej roboty chyba się do mnie nie wybiorą. A przynajmniej mam taką nadzieję (żeby było jasne, oświadczam, że nie mam zamiaru popełnić samobójstwa), bo chyba są wysyłani do załatwiania poważniejszych spraw i to „bez udziału osób trzecich”. Urząd skarbowy może się przyjrzeć mojemu PIT-owi. Ale ostatni wysyłałem ładnych parę lat temu i jakoś nie było uwag ze strony urzędu. Policjantów często widzę, bo jeżdżą w kółko po miasteczku i okolicach i jakoś nie czepiają się mnie, najzwyczajniej mają swoje sprawy. Jedynym rozwiązaniem pozostaje odebrać mi możliwość uzyskiwania dochodu!

 

 

 

I kto wie czy tak nie będzie. W końcu jeśli nie spotkają mnie represje za podpisanie listu, to może oznaczać, że groźby redaktora Tomasza Lisa nic nie znaczą. Pozostaje więc redaktorowi Lisowi wstawać wcześnie rano, umyć ząbki, nałożyć żel na kudły i latać po rowach, krzakach, ścieżkach za puszkami po piwie, żeby ogołocić mój rejon z aluminium. Radzę pogrzebać też po śmietnikach, bo co prawda zwykle tam nie zaglądam, ale kto wie. I jeszcze to mogę doradzić, żeby nie brał tych z literami „Fe”, a tylko z „Alu”, bo tych pierwszych i tak nie zbieram i życzę powodzenia. Przyznam, że byłby to wyjątkowo pocieszny widok, gdybym zobaczył redaktora Tomasza Lisa grzebiącego w śmietniku i na wszelki wypadek, na obchód mojego rejonu, będę zabierał ze sobą aparat fotograficzny, aby tą osobliwość uwiecznić. Oto osobnik, który napisał o sobie: „napisałem 10 książek i zrobiłem wywiady z paroma znanymi ludźmi - Billem Clintonem, Georgem Bushem Sr., Georgem Bushem Jr., z Tony Blairem, Gordonem Brownem, Yitzhakiem Rabinem, Szimonem Presem, Hillary Clinton, Collinem Powellem, Condoleezzą Rice, Michaiłem Gorbaczowem, Dmitrij Miedwiediewem i Dalajlamą”, gwiazda dziennikarstwa III RP, co to co chwilę dostaje jakąś nagrodę, co to czytał i Wiadomości i Fakty, co to ma swój program w telewizji wyciąga puszki po piwie z kubła na śmieci, depcze je buciorami, chowa po kieszeniach i wycofuje się na z góry upatrzone pozycje. I wszystko to, aby pognębić bezrobotnego długotrwale pozostającego bez pracy.

 

 

Gdyby Polska była normalnym krajem, a nie ubekolandem, to całkiem możliwe, że widząc Tomasza Lisa grzebiącego w śmietniku, nie wyciągałbym pośpiesznie aparatu, ale mówiłbym „te, świński blondyn, naści tu kromkę chleba, żebyś z głodu nie zdechł”.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

O Sierpniu i historii z działczem WZZ...

środa, 26 czerwca 2013 19:51

Artykuł, publikowany wcześniej na tym bloogu, O marszałku Borusewiczu i początku Sierpnia zamieściłem na salonie24. Mowa w nim była o fragmencie nie wydanej jeszcze książki Lecha Zborowskiego, działacza Wolnych Związków Zawodowych, poświęconym przygotowaniom do strajku w Stoczni Gdańskiej w  sierpniu 1980 r. i roli w tychże przygotowaniach Bogdana Borusewicza.

 

Ku mojemu zdumieniu komentarz na salon24 do mojego artykułu zamieścił sam autor wspomnień Lech Zborowski. Wypunktował błędy, jakie przytrafiły mi się podczas pisania tekstu, ja coś tam odpowiedziałem, znowu komentarz wpisał Lech Zborowski…

Oto link do wspomnianego artykułu i komentarzy Lecha Zborowskiego. Warto przeczytać:

http://konfederata.salon24.pl/515573,o-marszalku-borusewiczu-i-poczatku-sierpnia


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Protest przeciwko Baumanowi

niedziela, 23 czerwca 2013 1:22

„Członkowie i sympatycy NOP oraz osoby identyfikujące się ze Śląskiem Wrocław zakłócili wykład socjologa, filozofa i eseisty - profesora Zygmunt Baumana na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Policja usunęła z sali około 100 osób” – przeczytałem na Interia.pl.

 

Oczywiście, z tej krótkiej notki trudno dowiedzieć się dlaczego wykład został zakłócony, ale tak to już jest z obecnymi mediami. Dowiadujemy się za to, że interweniowała policja, proszę na terenie Uniwersytetu, zupełnie jak w 1968 r. Nie wiem jaki został naruszony paragraf (pewnie ten sformułowany przez Władysława Gomułkę: „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy. (…) Zniszczymy wszystkich bandytów reakcyjnych bez skrupułów. Możecie jeszcze krzyczeć, że leje się krew narodu polskiego, że NKWD rządzi Polską, lecz to nie zawróci nas z drogi”), ale domyślam się, że posypią się srogie kary. A sam Bauman w notce zamieszczonej na Interii jest przedstawiony jako socjolog, filozof i eseista. Jeśli komuś by się chciało to nawet Adolfa Hitlera można przedstawić jako pisarza, podobnie jak Włodzimierza Lenina, a Józefa Stalina jako genialnego językoznawcę.

 

Któż to jest ów Zygmunt Bauman, w obronie którego interweniuje policja, oprócz tego, że socjolog, filozof itd. Posłużę się obszernym cytatem z Wikipedii:

 

„Po rozpoczęciu wojny, we wrześniu 1939 wraz z rodzicami uszedł do Związku Radzieckiego. Tam w 1943 rozpoczął studia na uniwersytecie w Niżnym Nowogrodzie (wówczas noszącym nazwę Gorki). Wkrótce potem został zmobilizowany i wcielony do radzieckiej milicji. Przez kilka miesięcy służył w Moskwie, regulując ruch na jej ulicach. Służył w wojskach NKWD. Po wstąpieniu do LWP w 1944 pełnił funkcje oficera polityczno-wychowawczego, służąc w szeregach 4 Dywizji Piechoty im. Jana Kilińskiego. Brał udział w bitwie o Kołobrzeg (gdzie był ranny) i zdobywaniu Berlina. Członek PPR/PZPR do 1968 roku.

 

W latach 1945–1953 był oficerem Wojska Polskiego w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego, do którego został wcielony w czerwcu 1945 wraz z całą 4 Dywizją Piechoty, a z którego został usunięty w 1953 pod zarzutami politycznymi. Pełnił też m.in. funkcję instruktora w zarządzie polityczno-wychowawczym KBW. W wieku dziewiętnastu lat podpisał zobowiązanie do współpracy jako agent-informator Informacji Wojskowej o pseudonimie "Semjon". Część zachowanych raportów określa "Semjona" jako bezwartościowe i niechętne do współpracy źródło informacji, z kolei według innych był dobrze wyszkolonym i cennym analitykiem.

 

W wypowiedzi dla brytyjskiego dziennika The Guardian z 28 kwietnia 2007 Bauman potwierdził podane wcześniej informacje o swojej służbie w 4 Dywizji Piechoty, oddziałach KBW oraz o trzyletniej współpracy z Informacją Wojskową. Swoją pracę w KBW Bauman opisał jako niezwykle nudną, polegającą na pisaniu ulotek propagandowych dla żołnierzy. Stwierdził, że za swoją ówczesną działalność bierze pełną odpowiedzialność, zaznaczając, że podejmowane decyzje uważał w tamtym czasie za słuszne. Zwrócił jednocześnie uwagę na swoje wieloletnie przywiązanie do ideałów komunizmu i socjalizmu, z którego nigdy nie czynił tajemnicy. Jego zdaniem w okresie powojennym program polityczny partii komunistycznej stanowił najlepsze wówczas rozwiązanie krajowych problemów. Porównał również walkę komunistycznych władz z podziemiem w powojennej Polsce z walką z terroryzmem prowadzoną współcześnie. Bauman przypomniał również, że w późniejszych latach sam był represjonowany przez władze PRL oraz że był inwigilowany przez tajne służby. W wypowiedzi dla Ozonu Bauman potwierdził również, że podpisał zobowiązanie do współpracy z Informacją Wojskową (kontrwywiadem) (zakończoną według niego w 1948). Jednocześnie wskazał na swoją późniejszą znaną postawę antytotalitarną i antykomunistyczną, która również może być potwierdzona dokumentami znajdującymi się w archiwum IPN.”

 

I wszystko jasne, protestującym zapewne nie podobało się, że uniwersytet hołubi komunistę, oficera KBW, współpracownika ściśle podporządkowanej Sowietom Informacji Wojskowej itd. A to, że frakcja w PZPR do której należał Bauman przegrała i w 1968 r. ich koledzy-komuniści pogonili im kota, to przecież trudno uznać to za męczeństwo, a tym bardziej za działalność na rzecz Polski.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Rostowski zagłodziłby krowy

piątek, 21 czerwca 2013 0:05

Taki oto komentarz napisał anonimowy internauta pod artykułem na WP, w którym była mowa o pomyśle ministerstwa finansów, aby urzędnicy urzędów skarbowych mogli sobie zaglądać do naszych kont ile dusza zapragnie i karać nas za byle co ile wlezie (zachowałem pisownię oryginalną):

„Gdyby Rostowski pasł stado krów to pewnie zagłodził by je dla oszczędności. Koń żeby dobrze ciągnąć musi dostać paszy odpowiedniej ilości i jakości, inaczej padnie się z wycieńczenia na środku drogi, prosty chłop takie rzeczy rozumie a premier i pierwszy jego minister pojąć nie mogą”.

Nic dodać, nic ująć.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

O niemieckim filmie propagandowym

środa, 19 czerwca 2013 23:01

        Każde bydle ma swój rozum, mówił pan Zagłoba. Skoro nawet bydlę ma rozum, to i pewnie ludzie takowy posiadają. A jak ktoś ma rozum, to i może pamiętać przeszłość, choćby to czy on ukradł czy jego okradli. Chyba podobnie jest z narodami, choć to pewnie bardziej złożona sprawa.

 

 

        Oczywiście wydarzenia są mniej więcej takie same, są wojny, bitwy, zawierane pokoje i sojusze. Ale już ich ocena, kontekst, waga dla tego czy innego narodu może być inna. Dajmy na to takich Amerykanów. Zrzucili bomby atomowe najpierw na Hiroszimę, później na Nagasaki i ani myślą korzyć się z tego powodu przed Japończykami. Japończycy natomiast zagładę ludności obu miast traktują jako zdarzenie wyjątkowo tragiczne, obchodzą uroczystości żałobne itd., ale już za wielką zbrodnię nie uważają mordowania przez armię japońską Chińczyków przed i podczas II wojny światowej, w przeciwieństwie do, ma się rozumieć, Chińczyków. I jakoś żyją. Okazuje się, że nie trzeba zaraz pisać wspólnych podręczników, godzić się, przepraszać, itd.

 

 

        Za komuny, tej między 1944 a ok. 1989 r., Polska znajdowała się w strefie wpływów sowieckich. To i nic dziwnego, że Sowieci narzucali Polakom swoją wersję historii, m. in. poprzez emitowane w kinach i telewizji filmy. Dużą rolę odgrywały filmy poświęcone II wojnie światowej, w których to Armia Czerwona wyzwalała Polskę od faszystów itd.

 

 

Niestety, Polska znowu nie jest niepodległym państwem. Obecnie, po przyłączeniu do Unii Europejskiej znajduje się w strefie wpływów niemieckich, czego dobrą ilustracją było pokorne całowanie przez premiera Donalda Tuska rąk kanclerz Niemiec Anieli Merkel. Żeby tylko kończyło się to ślinieniem przez Tuska łapek pani Merkel, gorzej, że UE narzuca nam prawa, zakazy, nakazy itp. a my nie mamy na to żadnego wpływu. Ale nie tylko to, oto Niemcy już bez skrępowania, już nie poprzez Centrum Willi Brandta czy jakieś „organizacje pozarządowe”, zajęły się wtłaczaniem w umysły Polaków niemieckiej wersji przeszłości. Mam oczywiście na myśli film „Nasze matki, nasi ojcowie”, który to w porze największej oglądalności pokazuje TVP.

 

 

        Co ciekawe, jeszcze niedawno, jak pisała jedna z gazet „Film zaniepokoił prezesa TVP. W liście skierowanym do szefa niemieckiej telewizji publicznej pod koniec marca Juliusz Braun stwierdził, że w filmie posłużono się krzywdzącymi i fałszywymi uproszczeniami w obrazie historycznym Polski i żołnierzy AK. Podkreślił, że treść i forma przedstawionych w nim wątków polskich nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną”. Proszę, minęło niewiele czasu a już film karnie pokazuje polska telewizja publiczna, której prezesem jest, jakżeby inaczej, Juliusz Braun. I co na to pan prezes telewizji? Tak to jest, jak jeden pokazuje gębę a inni rządzą. Rola tego pierwszego sprowadza się do usprawiedliwienia wszelkich łajdactw tych drugich. I taki ma właśnie być dobry prezes, ale też dobry minister, premier i prezydent. Niestety, tak to w tej naszej biednej Polsce wygląda.

 

 

        „Trzecią część filmu ma poprzedzić historyczne wprowadzenie, a po zakończeniu odcinka odbędzie się debata z udziałem historyków i ekspertów poświęcona polityce historycznej w Niemczech i Polsce” – przeczytałem w Internecie. Domyślam się, jak będzie wyglądała ta „debata”. Wytłumaczą, że wszystko jest w porządku, tak ma być i Polacy powinni się z tym pogodzić. Ale czy może być inaczej? Skoro pan prezydent Bronisław Komorowski w liście odczytanym przez Tadeusza Mazowieckiego podczas uroczystościach żałobnych z okazji 70. rocznicy zbrodni w  Jedwabnem napisał, że „naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą”.

 

 

        Zauważmy, że Czesi nagrali film o czeskim dywizjonie myśliwskim walczącym podczas Bitwy o Anglię. Całkiem niezły. Polskich pilotów walczyło pod angielskim niebem znacznie więcej niż Czechów i jakoś nasi reżyserzy, producenci itp., nie zdobyli się na nagranie filmu o polskich myśliwcach. Pewnie dlatego, że dobrze zrealizowany film choćby o Dywizjonie 303 mógłby rozbudzić dumę narodową Polaków. A im chodzi o to, żeby Polacy sami sobą pogardzali, wstydzi się, że są Polakami, żeby Polacy o przeszłości własnego narodu wiedzieli tylko tyle, że był on rzekomo sprawcą holocaustu. Takich mamy rządzących. Jest sobie taki Polski Instytut Sztuki Filmowej, jego budżet, tak czy wspak, pochodzi z naszych pieniędzy. Z telewizora dowiedziałem się, że dołożył Polańskiemu do filmu, tak jakby ten był biedy.

 

        Cóż napisać w zakończeniu? Ginie ta Rzeczpospolita. I obawiam się, że już może być za późno, aby ją z upadku podźwignąć. Kiedyś, zdaje się w stanie wojennym, ludzie manifestacyjnie spacerowali podczas dziennika telewizyjnego, a teraz na wyścigi biegną przed telewizory, żeby oglądać takie samo gówno jak i za komuny.


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (3) | dodaj komentarz

O sukcesach Biura Ochrony Rządu

wtorek, 18 czerwca 2013 21:10

Nie wiem czy informację o sukcesach funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu podały jedynie słuszne media w głównych wydaniach swoich dzienników telewizyjnych. Ale nawet jeśli ją pominęły, to my ją zauważmy. Rzecznik Biura Ochrony Rządu, major Dariusz Aleksandrowicz, powiedział, że do funkcjonariuszy pilnujących budynku Kancelarii Prezesa Rady Ministrów „podszedł mężczyzna z torbą na kółkach. Powiedział, że ma do przekazania premierowi dwie siekiery i dokumenty. Gdy funkcjonariusze chcieli go wylegitymować, zaczął uciekać. Po krótkim pościgu, BOR-owcom udało się go schwytać”.

 

I czytamy dalej na Wirtualnej Polsce: „funkcjonariusze zatrzymali mężczyznę, na miejscu pojawili się policjanci oraz pogotowie. Po sprawdzeniu pirotechnicznym i otwarciu walizki okazało się, że są tam dokumenty i dwie małe siekierki. Mężczyzna jest prawdopodobnie niezrównoważony psychicznie. Policjanci zawieźli go w kajdankach na badania psychiatryczne do szpitala”.

 

Może i jest to człowiek niezrównoważony  psychicznie, ale chyba to jeszcze nie jest karane. Karane też nie jest podarowanie komuś prezentu. W każdym bądź razie powiedział prawdę, a funkcjonariusze BOR potraktowani go jak wariata i zawieźli w kajdankach do szpitala psychiatrycznego. Już tam znajdą u niego według rozkazu te słynne schizofrenie bezobjawowe czy co tam trzeba będzie. Widać, że w III RP, tak jak i w PRL, za prawdę to się siedzi. I niech to będzie dla nas przestrogą. I skąd tak histeryczna reakcja, czyżby pan premier bał się czegoś czy co?

 

A dzisiaj w telewizorze słyszę, jak to gdzieś w Polsce mężczyzna zgłosił się do szpitala psychiatrycznego. Lekarz jednak odmówił jego przyjęcia. Około dwóch godzin później nieszczęśnik popełnił samobójstwo. Jednego w kajdanach zawożą do domu wariatów, drugiego nie chcą przyjąć. Szkoda, że nie przyniósł panu premierowi trepków do kopania piłeczki, od razu zawieźliby go na „badania psychiatryczne do szpitala”.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

O żółtej linii i policjantach "obojga płci"

sobota, 15 czerwca 2013 16:42

Czego to stworzenia, które nami rządzą nie wymyślą, żeby mogły powstać kolejne stołki sowicie opłacane z naszych podatków! Oto minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz wymyślił, że pani Monika Sapieżyńskabędzie brała forsę pod pretekstem, że jest pełnomocnikiem do spraw równego traktowania kobiet i mężczyzn w służbach mundurowych. Przyznam, że ja bym tego nie wymyślił. Ale to jeszcze nic. „Żeby lepiej monitorować naruszenia równości MSW powołało żółtą linię. Policjanci obojga płci będą mogli zadzwonić i zgłosić naruszenia w omawianej kwestii” – przeczytałem na WP. Nie widziałem, że są „policjanci obojga płci”. Ale skoro tacy są to należy im się i rzecznik i żółta linia i parada i osobne toalety i czort wie co jeszcze.

Tym się te durnie zajmują, a my za to płacimy.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

O marszałku Borusewiczu i początku Sierpnia

czwartek, 13 czerwca 2013 0:35

Na stronach internetowych byłych działaczy Wolnych Związków Zawodowych (http://wzzw.wordpress.com/) ukazał się fragment nie wydanej jeszcze książki Lecha Zborowskiego poświęcony roli Bogdana Borusewicza w przygotowaniach do strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. Nie są to klasyczne wspomnienia byłego działacza Wolnych Związków Zawodowych. Autor przede wszystkim szczegółowo relacjonuje jak doszło do pamiętnego protestu, ze szczególnym uwzględnieniem roli obecnego marszałka Senatu ale też przytacza i komentuje wypowiedzi Borusewicza z ostatnich ponad dwudziestu lat na temat strajku. I bardzo dobrze, komu by się chciało śledzić to, co Borusewicz mówi o tym co robił ponad 30 lat temu. Tym bardziej, że wersje przedstawiane przez marszałka zmieniały się. Ale nie to jest najważniejsze. Największe znaczenie ma to, że ktoś się myli, albo czołowy polityk Platformy Obywatelskiej, albo Lech Zborowski, osoba anonimowa dla prawie wszystkich mieszkańców Polski.

 

 

Oczywiście, do każdego źródła należy podejść krytycznie, czego pewnie nie wiedzą przepisywacze książek Jacka Kuronia i Adama Michnika. Nie jestem w stanie przeanalizować krytycznie każdego zdania tychże wspomnień, najzwyczajniej nigdy nie zajmowałem się tym tematem. Można np. zarzucić Zborowskiemu, że na opublikowanie wspomnień zdecydował się tak późno. Pewna pasja, którą czasem widać „na kartach” nieistniejącej jeszcze książki może wskazywać, że miał najzwyczajniej dość kłamstw na temat Sierpnia i dlatego przerwał milczenie.

 

 

Gdy Sławomir Cenckiewicz składał rezygnację ze stanowiska szefa biura Edukacji Publicznej oddziału IPN w Gdańsku, na stronach internetowych jednego z tygodników można było przeczytać: „Według nieoficjalnych informacji, na które powołuje się wtorkowa Rzeczpospolita, na dymisję Cenckiewicza naciskali politycy związani z rządzącą koalicją. Mieli oni grozić, że gdyby Cenckiewicz pozostał szefem BEP w Gdańsku, budżet IPN zostanie obcięty o 30 mln zł”. W tle sprawy pojawia się też Borusewicz, który był bardzo oburzony, że nie powiedziano mu, że w szkole, w której miał opowiadać swoje „legendy solidarności”, niedługo później mieli spotkać się z uczniami Gwiazda, Walentynowicz, Wyszkowski i ów Cenckiewicz. „Doszło do skandalu dlatego, że ja zostałem zaproszony przez IPN do mojej szkoły, gdzie miałem spotkanie z młodzieżą i nie poinformowano mnie, że kilka dni później w tej samej szkole odbędzie się spotkanie z Gwiazdą, Walentynowicz, Cenckiewiczem, Wyszkowskim i to uważam za karygodne - powiedział dziennikarzom marszałek Borusewicz”. Podkreśliłbym w tej wypowiedzi słowo karygodne. Co go tak ubodło, skoro „marszałek poinformował ponadto, że w poniedziałek rozmawiał z wicedyrektorem gdańskiego IPN i powiedział mu, że sytuacja, do której dopuścił Cenckiewicz jest niedopuszczalna”.

 

 

Może chodziło o to, że pan marszałek chciał opowiedzieć dzieciom swoją wersję wydarzeń z sierpnia 1980 r. i obawiał się, że późnej przyjdzie Cenckiewicz z działaczami Wolnych Związków Zawodowych, których III RP skazała na zapomnienie i wykażą, że opowieści Borusewicza to bajki? Nie wiem, ale taki wniosek nasuwa się po przeczytaniu wspomnień Lecha Zborowskiego. Zauważmy też, że Cenckiewicz zajmował się właśnie m. in. Solidarnością i miał, jako pracownik IPN, dostęp do akt wytworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa. Miał więc szansę poznać Sierpień też od strony bezpieki.

 

 

Nigdy nikt mnie nigdzie nie zapraszał, żebym coś powspominał, ale gdyby tak było to ostatnią rzeczą, która by mnie interesowała, to kogo później szkoła czy ktoś tam będzie gościła czy gościł. Najlepiej mówić prawdę, wtedy nie trzeba się obawiać, że coś się pomiesza i nagle, gdy ktoś porówna wypowiedzi to powstaje kilka wersji na jeden temat albo ktoś wytknie kłamstwo. A nawet gdyby mi zarzucił kłamstwo to, jakby to powiedzieć delikatnie? Ja mówię prawdę a reszta mnie gówno obchodzi.

 

 

Zachęcam do lektury. Po tylu latach zajmowania się historią, czasem chce mi się już tym rzygać. Ale wspomnienia Lecha Zborowskiego przeczytałem jednym tchem i z dużą uwagą. A nie często mi się to zdarza.

 

PS. Ledwie skończyłem pisać artykuł, a już na stronie Byłych działaczy Wolnych Związków Zawodowych zostały zamieszczone następne fragmenty nie wydanej jeszcze książki Lecha Zborowskiego poświęcone Lechowi Wałęsie i Jerzemu Borowczakowi. Czytajmy!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Z perspektywy zbieracza puszek

sobota, 08 czerwca 2013 21:21

Perspektywa zbieracza puszek jest inna niż np. nauczyciela, którym to mógłbym być, gdyby o zatrudnieniu w szkole decydowały kwalifikacje a nie znajomości. Pani dyrektor biblioteki w miejscowości, w której mieszkam powiedziała, że miejscowa „inteligencja” wypożycza mniej książek niż zwykli ludzie. A czego się spodziewać po inteligencji pracującej, że nie będzie ich książka w ręce parzyła, że nie będą mieli alergii na drukowane? Po co im książki, skoro mają i Trybunę Ludu (tzn. Wyborczą) i TVP i Polsat i TVN z panem reaktorem Lisem na czele itp.

 

Byt kształtuje świadomość, jak powiedział Karol Marks, więc taki zbieracz puszek interesuje się przede wszystkim tym, gdzie pozyskać złom i gdzie go korzystnie sprzedać a świat, polityka i sto innych rzeczy go nie zajmują. Ale jestem początkującym zbieraczem złomu, więc to, co dzieje się na świecie trochę mnie jeszcze obchodzi, ale już rozpatruje to wszystko z punktu interesów zbieracza.

 

Czy w takim razie może interesować zbieracza puszek, to że Przemysław Wipler opuścił Prawo i  Sprawiedliwość? Raczej nie, bo puszek przez to nie przybędzie i ceny w skupie złomu też nie podskoczą. Ale gdyby tak Przemysław Wipler został premierem i wprowadził w Polsce prawdziwy wolny rynek, to już co innego! Ludzie pewnie zarabialiby trochę więcej pieniędzy, dzięki czemu żłopaliby więcej puszkowego piwa i napojów i dzięki temu można byłoby znaleźć więcej puszek. A gdyby tak zniósł kary finansowe i różne inne opresje dla osób prowadzących działalność gospodarczą, to od razu bym się takowej podjął! Bo przy obecnych karach, to obawiam się, że bym do tego dokładał. Gdybym był nauczycielem, to wprowadzenia wolnego rynku był się obawiał jak diabeł święconej wody, bo kto wie, zaczną od nieobowiązkowego ZUS-u a skończą na oddaniu w prywatne ręce szkolnictwa. A to by mi się nie podobało, bo teraz czy się stoi czy się leży to i tak forsa płynie, a zamiast uczyć wystarczy fałszować dokumentację szkolną.

 

Czy zbieracza puszek może obchodzić to, że woda zalała położone tu i tam domy i domostwa. Oczywiście, że tak! Woda spowoduje straty, trzeba będzie to i owo odbudować, wyremontować, poszkodowanym dać zasiłki itd. A pieniądze trzeba będzie skądś wziąć. Wiadomo, od ludzi, a jak ludzie będą mieli mnie pieniędzy to będą pili mniej piwa i napojów. A to wcale nie są dobre wieści. Podobnie jest ze segregacją śmieci. Jak ludzie będą płacić więcej za wywóz śmieci to będą mieli mniej pieniędzy. A ta cała segregacja to i tak będzie lipa. Ale oczywiście na papierze będzie się wszystko zgadzało. Gdybym był nauczycielem, to by mnie to wszystko guzik obchodziło i tak są co rok podwyżki. Co z tego, że nie ma na leczenie chorych na raka, że firmy padają, bo są przygniecione podatkami, dla belfra musi wystarczyć i nie tylko na pensję, na nagrody, trzynastkę i premie też.

 

A czy zbieracza puszek może zainteresować to, że sędzina, która broniła generała Czesława Kiszczaka, żeby mu włos z głowy nie spadł, dostała tortem po łbie. Swoją drogą moi koledzy mają negatywny stosunek do sędziów, pewnie dlatego, że nie raz byli przez nich karani, jak nie za dewastacje mienia to za coś innego. Ja mam podobny, ale z innego powodu. Niepodobna mi się to, że wymiar sprawiedliwości został oddany sitwom, żeby mogły się obławiać. Osobnik zostaje sędziom nie dlatego, że jest dobry w swoim fachu, ale dlatego, że tatuś, który siedzi w branży prawniczej załatwił takie akurat miejsce przy korycie syneczkowi czy córeczce. Tak samo jest z prokuratorami, notariuszami i całym tym kramem. W efekcie celem procesu sądowego nie jest wydanie sprawiedliwego wyroku, ale jest jedynie pretekstem do brania pieniędzy przez uczestniczących w nim prawników. W wypadku procesu generała Kiszczaka jest jeszcze gorzej. "Czerwona zaraza" w togach nie została po tzw. upadku komuny rozpędzona na cztery wiatry, w efekcie i generał i sędzina pewnie stoją po tej samej stronie. Co z tego wynika dla poszukiwacza puszek. Dajmy na to, jakiś lokalny kacyk da mi w mordę, bo pomyśli, że moje myszkowanie za puszkami po rowach w pobliżu jego domu to np. rozpoznanie przed włamaniem do jego domu czy kradzieżą czego z jego posesji. Normalny sąd ukarałby sprawcę pobicia, a ja otrzymałbym odszkodowanie. Ale skoro i generał Jaruzelski i generał Kiszczak są niewinni, to znaczy, że wyrok zależy od tego kto staje przed sądem, a nie od tego co zrobił. A to wcale dla zbieracza puszek nie jest korzystne, bo to oznacza, że zawsze kacyk będzie górą. Gdybym był nauczycielem to pewnie był się cieszył z tego wyroku. Z niego może bowiem też wynikać, że ci, co siedzą na stołkach opłacanych przez państwo czy samorządy mogą więcej niż ci, którzy muszą ich utrzymywać ze swoich podatków.

 

PS. Dziękuję pewnej anonimowej dla mnie osobie za wykoszenie trawy z pobocza drogi prowadzącej na północ od miasteczka, w którym mieszkam. Ułatwia to znakomicie znajdywanie puszek. Gdzie indziej porosło trawsko i ciężko coś znaleźć.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

niedziela, 26 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  46 740  

O mnie

Nazywam się Michał Pluta. Od wielu lat bezrobotny z tytułem doktora. Antykomunista, birofil i cyklista, który stara się znaleźć czas, żeby komentować to, co dzieje się w tej biednej Polsce.
Jeżeli zachcieliby Państwo wesprzeć wolne słowo, proszę o wpłatę na konto: 72 1090 2415 0000 0001 0705 7781.
Pozdrawiam!

O moim bloogu

Jest to przede wszystkim bloog społeczno-polityczny omawiający aktualne wydarzenia w Polsce.