Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 896 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 50424

Lubię to

Kategorie

Refleksje nad zamieszaniem wokół sądów

niedziela, 23 lipca 2017 0:53

W Polsce trwa zamieszanie z powodów nowej ustawy, którą przyjął parlament, a która coś tam zmienia w sądach. Dla jednych jest to demokracja, dla innych koniec demokracji. Trochę to śmieszne, że gdy demokratycznie wybrane władze, w demokratyczny sposób przegłosowują ustawę, to dla tzw. obrońców demokracji, jest to koniec demokracji. Można tą sytuację zrozumieć wtedy, gdy uświadomimy sobie, że tzw. obrońcy demokracji, są tak naprawdę obrońcami demokracji ludowej, czyli takiej, w której niezależnie kto i jak głosuje, to zawsze rządzi PZPR. A, że tam po drodze, może coś było nie tak, to przecież w urzędach jest to normalne, np. wszyscy urzędnicy są zatrudniani po znajomości, a więc nieuczciwie i nikt nie twierdzi, że ich decyzje nie mają mocy prawnej.

 

Ale miałem dzielić się refleksjami. Niech więc będzie. Pierwsza refleksja jest taka, że jak już rząd pani premier Beaty Szydło postanowił coś tam zmienić w sądach, to mógł przeprowadzić prawdziwą reformę sądownictwa, pisałem o tym wcześniej, a nie taką, która zmienia niewiele, na krótko i nielicznym. Po tych czy innych wyborach, będzie inny rząd i wszystko wróci do tego, co było. (Kiedyś rząd Prawa i Sprawiedliwości obmyślił, że utworzy PolskiInstytut Sztuki Filmowej, który będzie dawał pieniądze, nie swoje oczywiście, tylko zabrane podatnikom, na „patriotyczne filmy”. A zmienił się rząd i ów instytut wyłożył forsę na „Pokłosie”.) Poza tym, gdy wybiera się między świniami, to zawsze, niezależnie od intencji wybierze się, co najwyżej, knura albo lochę. Jeśli więc zdecydowali się na wojnę z mafią sędziowską, to lepiej żeby to była wojna o coś, a nie o pietruszkę.

 

Druga refleksja jest taka, że jak ktoś siedzi przy korycie opłacanym przez podatników, to niczego nie musi ani wiedzieć, ani umieć. Na przykład pani profesor Małgorzata Gersdorf „od 2014 pierwszy prezes Sądu Najwyższego” twierdzi, że suwerenem w Polsce jest konstytucja. Gdy ktoś wygaduje takie bzdury, to nadaje się co najwyżej do kopania rowów, a tymczasem pani profesor Małgorzata Gersdorf, co miesiąc bierze kasę z naszej kieszeni jako pierwszy prezes Sądu Najwyższego, jako profesor Uniwersytetu Warszawskiego i pewnie nie tylko i ciągle jej mało. Zasłynęła zdaniem, że za 10 tysięcy złotych, to można godnie żyć tylko na prowincji. To jak jej mało, to niech wypierdala od koryta i zacznie wreszcie uczciwie pracować, na przykład sprzedając majtki na targowiskach. A skoro już o pani profesor Małgorzacie Gersdorf, to jak czytam w Wikipedii, jej mężulek, Bohdanem Zdziennickim, jest sędzią Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, cokolwiek miałoby to znaczyć. I jak tu nie zgodzić się z tymi, którzy zauważyli, że tzw. wymiar sprawiedliwości jest w łapach określonej grupy rodzin.

 

Trzecia refleksja jest taka, że diabeł przebrał się w ornat i na mszę dzwoni. Przeciwnicy zmian w sądach argumentują, że nowa ustawa narusza trójpodział władzy, bo władza wykonawcza będzie wpływała na władzę sądowniczą. W takim razie można zadać pytanie, czy naruszeniem trójpodziału władzy nie jest buntowanie się części sędziów przeciwko ustawie przyjętej przez władzę ustawodawczą i wywieranie nacisku na prezydenta, a więc na władzę wykonawczą, aby ten nie podpisał ustawy? No bo w jakim trybie ma spotkać się, o ile się nie mylę, w poniedziałek o godzinie jedenastej, piszę to w nocy z piątku na sobotę, pani profesor MałgorzataGersdorf „od 2014 pierwszy prezes Sądu Najwyższego” z panem prezydentem Andrzejem Dudą, a więc przedstawiciel władzy sądowniczej z przedstawicielem władzy wykonawczej? Pewnie nie odwiedzi pałacu jako zwykła obywatelka, co łatwo każdy może sprawdzić. Wystarczy napisać list do pana prezydenta i zobaczymy, czy pan prezydent tak od razu się z nadawcą listu spotka. A po drugie, właśnie na swój urząd pani profesor Małgorzata Gersdorf „od 2014 pierwszy prezes Sądu Najwyższego” powołuje się w liście do prezydenta, w którym to zabiega o spotkanie. Wobec tego, pan prezydent spotka się nie z obywatelką Małgorzatą Gersdorf, tylko z pierwszym prezesem Sądu Najwyższego, a więc z przedstawicielem władzy sądowniczej. A dlaczego? Pewnie dlatego, że przedstawicielka władzy sądowniczej obmyśliła sobie, aby wymusić na przedstawicielu władzy wykonawczej korzystną dla siebie decyzję, czyli, żeby pan prezydent zawetował ustawę. I oczywiście nie jest to naruszenie trójpodziału władzy, choćby dlatego, że oni mają same prawa a my same obowiązki.

 

Trzeci refleksja jest taka, że ci, co siedzą przy korycie, nic nie muszą robić, a i tak dostają forsę. Zwykły człowiek pracuje zwykle osiem godzin dziennie, a osoby, które prowadzą działalność gospodarczą to pewnie po kilkanaście godzin. No bo skoro pani MałgorzataGersdorf „od 2014 pierwszy prezes Sądu Najwyższego”, ma spotkać się z panem prezydentem w poniedziałek o godzinie jedenastej, to znaczy, że w tym czasie nie będzie jej w pracy. Czyżby wzięła na poniedziałek urlop? Pewnie nie. I proszę, nie będzie jej w pracy a i tak weźmie forsę. Niech no tylko przysłowiowy Kowalski nie pojawiłby się w robocie, to zaraz pracodawca by się jego czepiał. Na zakończenie akapitu napiszę, że sędziowie powinni siedzieć w sądach i pracować a nie opieprzać się i ingerować w uprawnienia władzy ustawodawczej i wykonawczej. A jak im się nie podoba, to niech wypieprzają, stu takich jak oni czeka pod bramą. Rocznie kończy studiach prawnicze wiele tysięcy osób. Jest spośród kogo wybierać.

 

Na koniec wrócę do tego, że dygnitarzy, którzy okupują państwo polskie, pan prezydent przyjmuje w pałacu prezydenckim, a zwykłych ludzi już niekoniecznie. Kiedyś cesarz Franciszek Józef przyjmował swoich poddanych w swym gabinecie, nawet jeśli to był chłop z Galicji. Wysłuchiwał, co tam taki chłop miał do powiedzenia, tylko nie wiem, jak to wyglądało, skoro chłop gadał tylko po polsku, ale mniejsza z tym i mógł realnie wpływać na sprawę, z którą ów chłop przyszedł. A nawet bywało, że cesarz dał parę groszy chłopu, żeby ów mógł do tej swojej Galicji wrócić koleją a nie dreptać na butach To były czasy!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O histeryzowaniu wokół sądów

poniedziałek, 17 lipca 2017 2:05

W telewizorze, parlamencie i pod parlamentem ględzą o nowej ustawie, która podobno coś tam zmienia w sądach. Zdaje się, że chodzi o to, że niektórych sędziów, tych takich najważniejszych z Warszawy i paru prezesów sądów, będzie wybierał parlament, czy minister, czy tam ktoś, a nie, jak dotychczas, że sama mafia prawnicza będzie decydowała, kto będzie zbijał kokosy jako sędzia. Jedni twierdzą że będzie lepiej, drudzy, że to dyktatura, koniec demokracji i takie tam różne.

 

Tak właściwie, to nie ma znaczenia kto wybiera tych paru dziadków, żeby siedziało sobie w gabinetach, nie wątpię, że wygodnych i pierdziało w stołki.

 

Bo po pierwsze, wyroki w naprawdę ważnych sprawach wydają prawdziwi zwierzchnicy sędziów (a całkiem możliwe, że prawdziwymi zwierzchnikami sędziów jest SB albo WSI), urzędnicy polegający sędziom wypełniają papierkową robotę, a te dziadki tylko ogłaszają wyroki. Po drugie, ci nowi nominaci nie będą sądzić zwykłego Kowalskiego, tylko ci, co zawsze. A nic nie wskazuje, że po wejściu w życie nowej ustawy, Kowalski będzie sądzony uczciwie. A po trzecie, nawet jeśli przyjąć, że nowi sędziowie będą przynajmniej w jakimś stopniu realizować politykę Prawa i Sprawiedliwości, to przecież, gdy tylko zmieni się rząd, to będą realizować politykę nowego rządu. I jak rząd da do zrozumienia, że wolno zdradzać Polskę, kraść itd., to sędziowie natychmiast się do tych sugestii dostosują. Zresztą, tym degeneratom nie będzie trzeba tego mówić. Po czwarte, to dobrze, że społeczeństwo, poprzez parlamentarzystów, będzie miało jakiś tam wpływ na wybór tych paru dygnitarzy sędziowskich, ale problem w tym, że sędziowie to tylko nikczemna sitwa i uczciwych tam nie ma. O tym w dalszej części artykułu. Można więc wybierać między świniami, ale jakby się nie wybierało, to zawsze będzie to, co najwyżej, knur albo locha. Jeśli więc coś się poprawi, to nielicznym, niewiele i na krótko.

 

Oczywiście, że sędziowie, prokuratorzy, pracownicy sądów to osoby zdegenerowane w stopniu niewyobrażalnym dla zwykłego człowieka, takiego co to rano wstaje i jedzie albo idzie do pracy i w tej pracy musi się natyrać. I oczywiste jest, że dobrze byłoby to zmienić na lepsze, a nie jakkolwiek.

 

Wiadomo, że sędziami zostają osobnicy nie dlatego, że bardzo dobrze znają się na prawie, ale dlatego, że należeli do sitwy, która przydziela stołki w sądzie. Gdyby taki osobnik należał do innej sitwy, dajmy na to przydzielającej stołki z radach nadzorczych państwowych spółek, to siedziałby w radzie nadzorczej państwowej spółki, gdyby należał do sitwy, która przydziela stołki na państwowych wyższych szkołach, to byłby sobie profesorem, a gdyby należał do sitwy przydzielającej stołki w ratuszu, to byłby urzędnikiem i to co najmniej dyrektorem, żeby nic oprócz szwindli nie musiał robić.

 

Najpierw rodzi się więc w „rodzinie prawników” dzieciątko, np. tatuś jest sędziom, a mamusia pracownikiem sądu, albo adwokatem, albo prokuratorem. Dziecko zdaje maturę i z pomocą rodziców dostaje się na studia. Kiedyś ujawniono, bodajże w Gdańsku, listę dziekańską na wydziale prawa tamtejszej uczelni, czyli listę studentów, którzy zostali przejęci na studia, mimo, że w normalnym trybie nie dostali się na owe studia, bo zabrakło im punktów. I były to same dzieciątka prawników. Później takie dzieciątko studiuje. Wiadomo, ręka rękę myję, więc dzieciątko nie musi się wysilać, bo egzaminy to już tam rodzice pozałatwiają za swoimi koleżkami zatrudnionymi na uczelni. Później trzeba dostać się na aplikację, ale tu też nie ma problemu. To też załatwią rodzice. Po takiej aplikacji dzieciątko zostaje zatrudnione w sądzie na stanowisku sędziego. I tak nieuczciwa osoba, dzięki koneksjom rodzinnym zostaje sędziom. I kiedy taki osobnik staje się uczciwym osobnikiem, bo przecież wypadałoby, żeby był uczciwy, wydawał uczciwie wyroki sądząc zarówno pijaka, który szczał w miejscu publicznym, jak i miejscowego policjanta, który zakatował przesłuchiwanego, prezydenta największego w Polsce miasta, posła itd. Otóż nigdy nie staje się uczciwy. Zawsze będzie wierny sitwie, która mu wszystko załatwiła i postępował zgodnie z zasadami przyjętymi w sitwie, czyli wykorzystywał stołek do własnych interesów, nasi mają zawsze racje i wszystko należy się naszym. Reszta, paszoł won! I im wyżej się taki zapcha, tym musi być to większa świnia. Tak to w Polsce działa.

 

Zmiany w wymiarze sprawiedliwości są potrzebne, ale prawdziwe, a nie pozorne. Prawdziwa reforma wymiaru sprawiedliwości powinna polegać na wprowadzeniu systemu, w którym, jeśli ktoś jest „dobry z prawa”, a jest powiedzmy synem albo córką bezrobotnego z Psiej Wólki, to ma takie same szanse, aby dostać się na studia prawnicze jak latorośl sędziego, prezesa sądu najwyższego, czy osobnika zasiadającego w trybunale konstytucyjnym. I jeśli jest dobry na tych studiach, to ma takie same szanse ukończyć owe studia, dostać się na aplikację, ukończyć ową aplikację i zostać powiemy notariuszem, radcą prawnym, prokuratorem, adwokatem, sędziom jak ów synalek albo córuchna sędziego, prezesa sądu najwyższego, czy osobnika zasiadającego w trybunale konstytucyjnym. I jak będzie nieuczciwy, to się go wywala bez ceregieli z pracy, albo i zamyka do więzienia.

 

Ale tego Prawo i Sprawiedliwość nie ma zamiaru zrobić. Dlatego, to całe zamieszanie nieszczególnie mnie interesuje. Co innego podwyżka cen paliwa. Niby jest tak dobrze, tyle forsy wpływa do budżetu, a jak co do czego przychodzi, to rząd pani premier Beaty Szydło sięga do kieszeni Polaków, tak, jakby ci mieli za dużo pieniędzy. Jak chcą remontować drogi, to bardzo proszę. Jest w Polsce armia urzędników. Wystarczy zwolnić połowę i już będą pieniądze na remonty dróg.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O osobnikach nikczemnych i współwinie za holocaust

sobota, 01 lipca 2017 2:12

 

W Polsce może brakuje anestezjologów, sprawczy, kierowców ciężarówek, ale na pewno nie brakuje ludzi gotowych do każdej niegodziwości. Taki na przykład Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar , który zwykle dowiaduje się z telewizora o tym, co dzieje się w Polsce i dopiero gdy jakiś dziennikarz przygotuje reportaż o tym, że komuś, na przykład, jakaś państwowa instytucja bezpodstawnie zabrała dziecko, to wówczas podejmuje te swoje pozorowane działania, czyli wysyła jakiś świstek papieru i robiąc zatroskaną minę udziela wywiadu w telewizji i który wydaje się nic więcej nie wiedzieć i nie chcieć wiedzieć, powiedział ni z tego ni z owego że „musimy pamiętać, że wiele narodów współuczestniczyło w realizowaniu holokaustu. W tym, o czym mówię z ubolewaniem, także naród polski”. I dalej: „Przecież ile było wyroków wydanych przez AK na osoby, które ujawniały kryjówki dla Żydów. Te wyroki śmierci nie wzięły się znikąd”.

 

Tak na marginesie, pan Adam Bodnar pewnie dostał takiego samego SMS-a co Tomasz Lis, z instrukcją, co ma aktualnie myśleć i robić. Bo oto znany propagandysta, który czasem przebiera się za dziennikarza, albo i redaktora, napisał: „Dręczy mnie pytanie jak Niemcy dowiadywali się gdzie, w którym domu j mieszkaniu, ukrywały się w czasie wojny tysiące Żydów. Ktoś wie?” Nie pozwólmy Tomaszowi Lisowi tak się zadręczać, wyjaśnijmy, że i teraz w Polsce przyłączonej do Unii Europejskiej, która jest niczym innym jak realizacją pomysłu na podporządkowanie sobie Europy przez Niemcy, tym razem, jak na razie, bez użycia czołgów, tak jak przedtem i w Polsce okupowanej przez Niemcy w czasie II wojny światowej, ludzie nikczemni woleli służyć Niemcom, niż być wierni państwu polskiemu. Wtedy byli to np. szmalcownicy, a teraz np. Stronnictwo Pruskie. I teraz nich sobie Tomasz Lis odpowie, komu służyłbym podczas II światowej. Zgadujemy, że Berlinowi, tak jak i teraz. I niech sobie odpowie, jakie przyświecałyby mu motywacje. Pewnie tak, jak i teraz, chęć zdobycia forsy. Różnica jest taka, że kiedyś tacy osobnicy dostawali kulkę w łeb w imieniu Rzeczypospolitej, a teraz mają stołki opłacane przez podatników. Zresztą, srał go pies.

 

Wypowiedź Rzecznika Praw Obywatelskich nie jest niczym nowym. Najzwyczajniej chciał przypomnieć swoim mocodawcom, że mimo pewnego zamieszania w Polsce, należy duszą i ciałem do Stronnictwa Pruskiego. Można się zastanawiać, dlaczego akurat teraz. Bo wygląda to tak, jakby miała paść salwa, a on krzyknąłby, nie strzelajcie do mnie, jestem folksdojczem! Mój ulubiony publicysta, Stanisław Michalkiewicz, dawno zauważył, że nasi „przyjaciele” zza Odry i Nysy prowadzą metodyczną kampanię medialną, mającą zdjąć z Niemców winę za holocaust i obarczyć ową winą inne narody. W 2011 r. pan prezydent Bronisław Komorowski, mimo, że przysięgał, iż będzie „strzegł niezłomnie godności Narodu”, postanowił nasrać na naród polski i „napisał” list, który w Jedwabnem, w imieniu prezydenta, przeczytał Tadeusz Mazowiecki, a w którym to czytamy, że „naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą”. I, chyba od tego czasu, twierdzenie o współodpowiedzialności Polaków za holocaust, obowiązuje wszystkich, którzy chcą się załapać na forsę z Berlina, którą rozprowadzają rozmaite fundacje, stowarzyszenia, „organizacje pozarządowe” itd. Zauważmy jeszcze tylko, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar i prezydent Bronisław Komorowski, użyli słowa „musieć”. Widać Polacy mogą umierać w kolejach do lekarza, mogą być ograbiani podatkami na każdym kroku, mogą być zdradzani przez tzw. elity i tu nie ma problemu. Ale koniecznie muszą uznać, że ponoszą współwinę za holocaust.

 

Czasem z tego powodu dochodzi do zabawnych sytuacji. Oto, w swoim czasie, prezes telewizji publicznej pan Juliusz Braun, napsioczył na film „Nasze matki, nasi ojcowie”, w którym to przedstawiono żołnierzy Armii Krajowej jako antysemitów, którzy w najlepszym razie nic nie mieli przeciwko holocaustowi. A zaraz później, gdy pewnie mu wytłumaczono, jaka na tym etapie obowiązuje postawa, kupił ten film od Niemców i kazał go wyświetlać w telewizji publicznej, co dało pretekst „naszym przyjaciołom” zza Odry i Nysy do twierdzenia, że w filmie jest pokazana prawda o Polakach, bo ten film w Polsce pokazują.

 

Tak jakoś w tej biednej Polsce jest, że ci, którzy służą Polsce mają „ran na skórze hojnie, pustki z powrotem w komorze”, ci którzy służą sobie, mają się różnie, jedni lepiej, drudzy gorzej, a ci, którzy służą obcym państwom, mają się jak pączki w maśle, zamiast dyndać na szubienicach.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O strajku czerwonej zarazy w szkołach

środa, 05 kwietnia 2017 13:45

W telewizorze powiedzieli, że nauczyciele ze Związku Nauczycielstwa Polskiego, które jeszcze niedawno było pasem transmisyjnym PZPR do mas uczniowskich, a teraz dostali rozkaz, żeby słuchać się PO, wymyślili sobie strajk. Szkoda, że nie strajk włoski, bo może nauczyciele skupieni w związku przeprowadziliby choć jedyną w życiu porządną lekcję, jeżeli przyjąć optymistyczną, choć mało wiarygodną wersję, że takową przeprowadzić by potrafili, tylko wybrali zwykłe łażenie, nudzenie się, plotkowanie, siorbanie kawki. Jak znam to środowisko, to jest to zachowanie dokładnie na ich poziomie i niewiele więcej potrafią, bo przecież książki do łap nie wezmą.

 

Strajkujący nauczyciele postulują, żeby nie likwidować gimnazjów, bo jest dobrze (nie wątpię, że im jest dobrze, a nawet bardzo dobrze), podwyżek pensji, jakżeby inaczej, a nawet gwarancji zatrudnienia do któregoś tam roku. Inaczej mówiąc, dalej chcą żyć kosztem innych, tylko jeszcze więcej dostawać pieniędzy. Albo jeszcze inaczej, zdobyli koryto, okupują je i chcą więcej i więcej. Jak im się nie podoba, to niech się zwolnią. Dziesięciu na ich miejsce czeka i założę się, że nie mieliby tak wygórowanych wymagań finansowych.

 

Po zajęciu Polski przez Niemców i Sowietów w 1939 roku, obaj okupanci wzięli się za zwalczanie polskiej inteligencji, słusznie uważając, że łatwiej będzie im zapanować nad Polakami, jeśli wytępią ową inteligencję. A do owej inteligencji należeli m. in. nauczyciele. Moja Babcia do dziś wspomina nauczyciela, który uczył w tej ich maleńkiej wioseczce. Został zamordowany w Katyniu. W 1944 roku została przez ZSRS zainstalowana nad Wisłą władza komunistyczna. Komuniści dalej zwalczali „przedwojenną inteligencję”, zarówno fizycznie, jak i poprzez uniemożliwienie jej przedstawicielom zajęcia miejsca w państwie odpowiedniego do ich wykształcenia, gospodarności, inteligencji itd. A co gorsze, z biegiem czasu, wyhodowali własną taką niby inteligencję – inteligencję pracującą – czyli stado durniów gotowych do każdej niegodziwości, którzy co mają myśleć dowiadywali się z Dziennika Telewizyjnego i Trybuny Ludu i ich właśnie kierowali do szkół jako nauczycieli.

 

Co różni normalną inteligencję od inteligencji pracującej? Otóż ta pierwsza coś społeczeństwu daje, ta druga jest tylko dla społeczeństwa ciężarem. I takim ciężarem są teraz nauczyciele. Właściwie wszyscy o tym wiedzą, tylko niewiele osób ma odwagę to powiedzieć. A świadczą o tym choćby postulaty nauczycieli (na słowo belfer trzeba sobie zasłużyć), którzy chcę tylko więcej i więcej dla siebie, czy wypowiedzi rodziców, którzy narzekali, czy to podczas tego strajku, czy poprzedniego, że jeśli szkoły będą zamknięte, to oni nie będą mieli co zrobić z dziećmi.

 

Zauważmy, że nie biadolili, że ich dzieci przez ten nieszczęsny strajk, nie zostaną czegoś przez nauczycieli nauczone, ale na to, że nie będą mieli gdzie przechować dzieci, gdy sami pójdą do pracy. I tak niestety jest, szkoły w Polsce to przechowalnie dla dzieci i dla głupków przebranych za nauczycieli, a jednocześnie tzw. miejsca pracy dla członków miejscowych sitw. W mieścinie, w której mieszkam, nawet żeby liście grabić wokół szkoły, trzeba mieć znajomości. To jakie plecy trzeba mieć, żeby zostać nauczycielem! Za obowiązek uczęszczania do takich szkół, należy się dzieciom i starszemu pokoleniu, również oczywiście mojemu, odszkodowanie za zmarnowany czas.

 

Gdyby teraz okupant chciał wybić nauczycieli, to zrobiłby tylko przysługę i polskim dzieciom i polskiemu społeczeństwu, bo pozbawiłby i społeczeństwo i dzieci kłopotu, a tych drugich również przymusu przebywania wśród durniów i nikczemników. Zauważmy, że nauczyciele nie strajkowali, gdy szkoła zaczęła po „europejsku” indoktrynować dzieci (chodzi i o codzienną indoktrynację, jak i akcje typu „przekonaj mamę, przekonaj tatę” itd.), że miejsce Polski jest w Unii Europejskiej, żeby czasem w głowach dzieci nie pojawiła się myśl niepodległościowa. Świadczy to o wyjątkowej nikczemności tego środowiska. Spełniają podobną rolę do pruskich belfrów, którzy germanizowali polskie dzieci w Wielkopolsce i nauczycieli, którzy kazali za komuny wierzyć w Stalina, Bieruta, później w Gomułkę, Gierka, Jaruzelskiego i wmawiali, że Związek Sowiecki jest niezwyciężony.

 

Przerażające jest, że znaczna część młodszych ode mnie osobników, ma straszliwie ponasrywane we łbach. Oczywiście, że nie tylko za to odpowiada szkoła, ale propaganda jest tym skuteczniejsza, im z większej ilości źródeł dociera do odbiorcy, a jednym z takich źródeł jest właśnie szkoła. Bo to o jednym pani powie, a o innym już nie, o jednym trajkocze z zachwytem, o innym wspomni z odrazą, a do tego program, podręczniki itd. A skąd wiem, że nauczyciele to durnie? Byłem, widziałem. Kiedyś, gdy jeszcze widywałem się z kolegami ze szkolnej ławy, to dosłownie płakaliśmy ze śmiechu wspominając głupotę nauczycieli. A po drugie, pamiętam siebie z chwili, gdy kończyłem historię. Zapewniam, że niewiele wiedziałem i potrafiłem, ale też zapewniam, że najgłupszy to ja tam nie byłem.

 

Na zakończenie. Nie ma znaczenia, czy podstawówka liczy 6 lata czy 8, bo zmienianie nazw niczego nie poprawi. Otóż, trzeba zmienić system w Polsce na taki, w którym liczy się kto co wie, potrafi a nie to, kim są jego rodzice. Bo co z tego, że jakiś młody człowiek jest dobry z biologii, fizyki, archeologii, zna się na prawie itd., skoro lekarzami zostają dzieci lekarzy, adwokatami dzieci adwokatów, pracownikami naukowymi wyższych uczelni dzieci pracowników naukowych wyższych uczelni, policjantami dzieci policjantów, urzędnikami dzieci urzędników, nauczycielami dzieci nauczycieli itd. A jak ktoś nie ma znajomości, to może sobie co najwyżej posortować listy, razem z więźniami, przynajmniej dopóki ci nie pouciekają, albo sprzedawać kredyty we frankach, czego można nauczyć się na dwugodzinnym kursie.

 

Artykuł ten napisał bezrobotny z małego miasteczka, więc wybaczcie, że poziom tekstu jest tak niski. Gdyby to pisał nauczyciel, ech to co innego!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

O happeningu w Auschwitz

poniedziałek, 27 marca 2017 0:03

Media podały, że przed bramą niemieckiego obozu Auschwitz, jedenaście osób rozebrało się, jedna osoba widać czująca niedosyt z tego przedsięwzięcia, zabiła jakieś zwierzę, zdaje się, że owcę i jakby tego było mało, ktoś odpalił racę.

 

Podobno miał to być happening. I mimo, że artykuł 73. Konstytucji każdemu zapewnia wolność twórczości artystycznej, zostali natychmiast zatrzymani przez straż muzealną i przekazani milicji obywatelskiej. Pewnie gdyby byli terrorystami i strzelali do kogo popadnie, to tak szybko by ich nie schwytano, ale tak to już jest, najłatwiej złapać kogoś, kto nie jest groźny i nie ucieka i wmówić mu, że popełnił straszliwe przestępstwo, niż ścigać złodziei, bandytów i zdrajców.

 

Zastępca prokuratora rejonowego, Mariusz Słomka, poinformował, że wszyscy zatrzymani trafią na 48 godzin do izby zatrzymań. Proszę, więc nie skończyło się na spisaniu danych, ale urządzono im konwejer, pewnie nie taki sam jak za Stalina, ale zawsze. Nie zdziwię się, jeśli będą mieli pokazowy proces i jeśli nie dostaną kary śmierci to tylko dlatego, że takowej w prawie polskim nie ma. No chyba, że na tą okoliczność zostanie przywrócona.

 

Niedawno, Teatr Powszechny w Warszawie, wystawiał spektakl pod tytułem Klątwa. Przedstawienia oczywiście nie widziałem, bo przecież nie będę z powodu aktoreczki odgrywającej scenę seksu oralnego i jakichś innych durnot typu wieszanie figury papieża, wybierał się do stolicy. Zauważmy, że wówczas wszyscy światli, postępowi itp. osobnicy nachwalić się nie mogli tego spektaklu. Taka np. „Iwona Kurz, historyczka kultury nowoczesnej i szefowa Instytutu Kultury Polskiej UW”, powiedziała: „Sztuka przynajmniej od czasów awangardy zostawiała sobie pole, by prowokować i pytać o to, o co w innych miejscach nie pytamy”. „Spektakl ma na celu pokazanie różnych ideologicznych postaw i oddanie głosu różnym stanowiskom” – napisał w oświadczeniu dyrektor Teatru Powszechnego Paweł Łysak.

 

No to owych 11 osób, też postanowiło prowokować, pytać, pokazali też różną ideologiczną postawę, odmienną od, nazwijmy to, poprawności politycznej. Dodajmy, że w telewizji, w programie Jana Pospieszalskiego, jakiś człowiek, zresztą były milicjant, opowiadał, jak jego nieletnie córki, zostały zwabione do utrzymywanego z naszych podatków teatru na spektakl, którego elementem było bieganie gołego faceta po scenie. No to oni, też się rozebrali, a skoro nie mają dostępu do sceny żadnego teatru, to wybrali inną przestrzeń, padło na miejsce przed bramą obozu Auschwitz.

 

Coś jednak różni obie działalności artystyczne, ów spektakl w Teatrze Powszechnym w Warszawie i happening przed bramą obozu Auschwitz. Spektakl w teatrze został zrobiony za pieniądze podatników i to niemałe, bo utrzymanie teatru kosztuje miliony, bo co drugi tam to dyrektor, a przecież nikt tam 2000 zł nie zarabia, a do tego pensja, premia, trzynastka, czternastka i pewnie wiele innych pretekstów, żeby napchać sobie kieszenie pieniędzmi. Happening przed bramą Auschwitz, jak się wydaje, został zorganizowany za prywatne pieniądze. A przynajmniej nic w telewizji nie mówili, żeby było inaczej. A przecież trzeba trochę wydać, żeby do takiego Oświęcimia dojechać, kupić racę i owcę.

 

Spektakl w Teatrze Powszechnym miał poparcie „całej postępowej ludzkości”, w tym niektórych partii (pamiętam, że ci z Nowoczesnej bardzo chwalili przedstawienie i wybierali się na nie ponownie, żeby jeszcze raz zobaczyć owo imitowanie seksu oralnego, co w pewnym wieku można uznać za zrozumiałe), „wiodących” mediów, urzędników poprzebieranych za artystów itp. Obrona przedstawienia wydawała się nawet nieźle zorganizowana, dziennikarze biegali za politykami opozycji, ci chwalili przedstawienie, a telewizji relacjonowała to wszystko tak, jakby rzeczywiście działo się coś ważnego.

 

Happening w Auschwitz, tak przynajmniej wynika z tego, co mówili w telewizorze, był inicjatywą paru osób, które zmówiły się przez Internet i które najwyraźniej nie posiadają zaplecza politycznego, poparcia tych wszystkich polityków, którzy każdego ranka dostają wytyczne, co mają w każdej sprawie mówić, poparcia mediów, których dziennikarze gadają to samo, jak na rozkaz i urzędników poprzebieranych za artystów, którzy podobno jak źrenicy w ślepiu troszczą się o swobodę działań artystycznych, a z których nawet ci podobno tacy bezkompromisowi i najśmielsi, gdy padło słowo Auschwitz, to nie widzieli co mówić, podkulili ogony i schowali się, żeby nie podpaść i nie zostać odsuniętym od cycka z pieniędzmi podatników. Gdy przyjdzie do srania na Kościół, to można być pewnym, że wylezą i będą srać na wyścigi, żeby zasłużyć na forsę.

 

W 1944 roku, wraz z zainstalowaniem władzy komunistycznej w Polsce, kontrolę nad kulturą przejęli komuniści i tak już zostało, co widać na każdym kroku. A ta czerwona mafia każdą działalność artystyczną (nie oceniam w tej chwili poziomu tego happeningu i czy miejsce zostało wybrane fortunnie, bo to nie jest tematem artykułu) niezależną od siebie będzie albo zamilczała na śmierć, albo, jak w tym wypadku, bezwzględnie zwalczała.

 

A co do zabicia owcy, czy tam czegoś. Codziennie w Polsce zabija się mnóstwo zwierząt i jakoś nikt z tego powodu nie jest karany. Rozumiem, że cielaczków w ogóle nie boli jak je zabijają, bo taki sposób zabijania zatwierdził jakiś urzędnik, a tą owcę straszliwie, bo tak uznał inny urzędnik.

 

Na zakończenie. Bardzo oburzona postępowaniem grupki osób, które rozebrały się przy bramie obozu, była dyrekcja Muzeum Auschwitz-Birkenau. W oświadczeniu dyrekcja podkreśliła, że wykorzystywanie symboliki Auschwitz do jakichkolwiek manifestacji lub happeningów jest rzeczą karygodną i oburzającą, ponieważ godzi w pamięć jego ofiar. Ta sama dyrekcja jakoś nie widzi nic oburzającego w tym, że dzięki temu, iż Niemcy założyli obóz i mordowali, torturowali, męczyli na tysiąc sposobów ludzi, oni teraz, każdego miesiąca, mają godziwą pensję, zupełniej jak założyciel i komendant obozu obersturmbannführer Rudolf Hoess. Skoro im tak bardzo na sercu leży pamięć ofiar, to może przestaliby brać pensje i pracowaliby społecznie. Albo przynajmniej zrzekliby się jednej pensji na rok. Albo chociaż „przepracowaliby” za darmo choć jeden dzień w roku. Ale tego poświęcenia nie należy się spodziewać. Najważniejsza jest kasa i ideologicznie słuszna postawa.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O wygłupach w Teatrze Powszechnym w Warszawie

sobota, 25 lutego 2017 22:42

        Nagle w telewizorze zaczęli gadać o spektaklu w Teatrze Powszechnym pod tytułem Klątwa, którego to reżyserem jest, zdaje się, Oliver Frljić. Przedstawienia oczywiście nie widziałem, bo przecież nie będę z powodu jakichś wygłupów sięgał do pustawej sakiewki i jechał aż do Warszawy zobaczyć, jak tam się bawią za m. in. moje pieniądze.

 

        Właściwe to, co dzieje się w Teatrze Powszechny nie jest godne uwagi, bo gdyby komentować każdą głupotę czy niegodziwość, która przyjdzie różnym osobnikom do łbów (bo wiadomo krowie przyjdzie do łba pójść w szkodę, świni przewrócić ryjem koryto, a kurze znieść jajko gdzieś poza przeznaczonym do tego celu gniazdem), to normalni ludzie nic tylko by komentowali, gdyby nie to, że właśnie… cała ta heca odbywa się za nasze pieniądze.

 

        I można by zakończyć artykuł stwierdzeniem, że w normalnym państwie nie ma powodu, aby władze przeznaczały bezpośrednio czy pośrednio (przez fundacje, stowarzyszenia itd.) pieniądze na tzw. kulturę, czy tzw. sztukę, bo jak nikczemnicy nie rozkradną, to zaraz dorwą się do nich ideologiczni fanatycy i będę ową kulturę czy sztukę wykorzystywać do urabiania mentalności społeczeństwa według swoich, często nienormalnych, wizji. (Jakoś tak wychodzi, że co najmniej od 1944 roku dobrze płacą w Polsce za sranie na Kościół katolicki. I sławetny 1989 rok nic w tym zakresie nie zmienił. Widać Włodzimierze Lenin miał rację mówiąc, że kadry decydują o wszystkim.)

 

        I wówczas bardzo proszę, jeśli ktoś ma kaprys, to niech sobie kupi na wolnym rynku budynek, albo takowy zbuduje, najmie dyrektorów, reżyserów, aktorów, aktoreczki, sekretareczki i resztę pracowników i niech sobie wówczas nawet wymiotuje na scenie, czyli, jednym słowem, niech pełną gębą zajmuje się sztuką, skoro bez sztuki nie może wytrzymać. Bo bawić się za cudze, jest bardzo łatwo.

 

        Ale byłby to koniec artykułu, więc jeszcze się trochę pomęczmy z tematem. Zadajmy sobie pytanie, co wypada a czego nie wypada pokazywać na scenie teatru utrzymywanego z pieniędzy podatników. Nie wiem, ale zawsze w takich sytuacjach można posłużyć się pewnym wytrychem. Oto wyobraźmy sobie, że zamiast figury papieża w spektaklu pojawia się figura rabina, albo zwykłego Żyda i tą figurę wieszają. I już wiadomo, że „takie rzeczy” są niedopuszczalne.

 

        Niech ci wszyscy entuzjaści spektaklu odpowiedzą sobie na pytanie, jak wówczas zareagowaliby. Czy „Iwona Kurz, historyczka kultury nowoczesnej i szefowa Instytutu Kultury Polskiej UW” powiedziałby: „Jeśli ta sztuka jest przeciwko czemuś, to przeciw zakłamaniu”. „Sztuka przynajmniej od czasów awangardy zostawiała sobie pole, by prowokować i pytać o to, o co w innych miejscach nie pytamy. Jeśli Klątwa wywołała skandal, to można powiedzieć, że taka była jej rola”.  „Klątwa posługuje się figurami, nie jest wycelowana w konkretne postaci czy religie…”. Coś mi się wydaje, że wówczas tej babie, utrzymywanej z naszych podatków, prędzej pociekłoby po nogach, niż wypowiedziałaby podobne zdanie. A teatr by pewnie zamknęli, dyrektorowi, reżyserowi, aktorom, publiczności sąd dowaliłby wyroki więzienia za antysemityzm i to bez zawiasów, Gazeta Wyborcza, TVN itd., rzucałyby gromy na „tradycyjny polski antysemityzm” a prezydent musiałbym przepraszać Izrael i społeczność żydowską. Ale na Polaka, księdza, papieża można srać ile wlezie i biada tym, którym się to nie spodoba. Jak już wspomniałem, co najmniej od 1944 roku dobrze płacą za szkalowanie Kościoła katolickiego i słynny 1989 rok w tej kwestii nic nie zmienił.

 

        W sprawie spektaklu oświadczenie wydał, kolejny osobnik utrzymywany z naszych podatków, dyrektor Teatru Powszechnego Paweł Łysak. W owym oświadczeniu czytamy: „Spektakl ma na celu pokazanie różnych ideologicznych postaw i oddanie głosu różnym stanowiskom”. No to w takim razie czy ja mogę też podjąć się reżyserii jakiejś sztuki w teatrze, w którym dyrektoruje Paweł Łysak? Mój spektakl też by pokazał różne ideologiczne postawy, a co więcej, byłby, żeby posłużyć się słowami pana dyrektora, oddaniem głosu rożnym stanowiskom, w tym wypadku różnym od stanowiska warszawki, półświatka chałturników uczepionych naszych pieniędzy, lewaków i tym podobnych. Ale nic z tego, kasę na kulturze, na sztuce, w tym na teatrach mogą kosić tylko oni, a my musimy za to płacić i to dwa razy. Najpierw swoimi, odebranymi nam, podatkami, a później, jak ktoś chce sobie taki teatr odwiedzić, choćby po to, żeby zobaczyć ja takie coś wygląda wewnątrz, to jeszcze musi zapłacić za bilet.

 

        Czy jeszcze można mieć wątpliwości czy kultura, sztuka opłacana z naszych podatków jest nam potrzebna?


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O projekcie Maluch plus i innych durnotach

niedziela, 05 lutego 2017 22:15

Nie wiem czy jest jakaś durnota, której nie popełnił, albo gotów jest nie popełnić rząd pani premier Beaty Szydło. Mam nadzieję, że jest. Ale czy aby na pewno, skoro pani premier wraz z panią minister rodziny, pracy i polityki społecznej, Elżbietą Rafalska, zapowiedziały program Maluch plus. Jak czytam na stronie ministerstwa, „to program wspierający rozwój instytucji opieki nad dziećmi w wieku do lat 3 – żłobków, klubów dziecięcych i dziennych opiekunów, w ramach którego można otrzymać dofinansowanie nawet do 80 proc. kosztów projektu”.

 

Widać rząd po zagonieniu w kozi róg Włodzimierza Putina, odzyskaniu Krymu dla Ukraina, przywitaniu wojsk amerykańskich na festynach, zaproszeniu prezydenta Donalda Trumpa do Polski i w ogóle po uszczęśliwieniu nas „dobrą zmianą”, nie ma już nic do roboty, jak tylko martwić się, co rodzice zrobią z małymi dziećmi. Ja tam bym wolał, aby tacy rodzice mogli w Polsce uczciwe zarobić tyle pieniędzy, żeby sobie matka, czy tam ojciec, jak tam chcą, mogli bez biedowania siedzieć w domu przez pierwsze lata życia swojej latorośli i niańczyć je, bawić się, wychowywać jak sobie tego życzą. Ale widać rząd pani premier Beaty Szydło uważa inaczej.

 

Sam pomysł, aby państwo, czy tzw. „samorządy” organizowały żłobki, żeby rodzice mogli iść do pracy, przypomina mi sowieckie łagry za czasów Józefa Wissarionowicza Stalina, czyli czasy, gdy np. brat Adama Michnika o imieniu Stefan, robił karierę, podobnie zresztą jak Bronisław Geremek, a Jacek Kuroń wprost nie mógł się nachwalić Chorążego Pokoju. Otóż w takim łagrze, matka musiała koniecznie iść do lasu rąbać drzewo, tak, jakby bez tego zrąbanego drzewa cały komunistyczny świat miał się zawalić, a jakieś baby zajmowała się maluchami. Tak się zajmowały, że dzieci marły z głodu.

 

Ale tym razem pewnie będzie lepiej, choćby dlatego, że Włodzimierz Putin, w ramach represji za mieszanie się Polski w wewnętrzne sprawy Ukrainy, która zresztą wówczas znajdowała się w strefie wpływów rosyjskich, zakazał wwożenia do Rosji polskich jabłek. W efekcie czego, nawet w naszym urzędzie miasta, czasem jabłko można dostać zupełnie „za darmo”. Przynajmniej podobno, bo sam jakoś nie miałem śmiałości sprawdzić, czy rzeczywiście można sobie owe jabłko wziąć, ale pozostaje faktem, że na urzędowym korytarzu stało urzędowe pudełko z urzędowymi jabłkami, których nikt nie pilnował. No wiec będzie można przynajmniej tymi jabłkami karmić dzieci, dzięki czemu rolnicy będą mieli co robić z jabłkami, a nawet jak to, czy tamto dziecko sraczki dostanie, to nie powie się o tym w telewizorze i po kłopocie.

 

W urzędzie pracy, który to regularnie odwiedzam, a który tak naprawdę jest jedynie filią urzędu pracy w sąsiedniej miejscowości, który to urząd tam zajmuje całkiem spory budynek, a urzędników jest dosłownie jak nasrał, naliczyłem tyle co nic tzw. ofert pracy. Z ofertami pracy tak jakoś jest, że niby są, ale jak się zadzwoni, to tak naprawdę nikt ani myśli zatrudniać, ale mniejsza z tym. Tak coś mi się wydaje, że tzw. ofert pracy, licząc nawet z tymi lipnymi, jest mniej niż urzędników zatrudnionych w urzędzie pracy. Co jasno wskazuje jaki jest cel istnienia urzędów pracy: dostarczenie pieniędzy dla krewnych i znajomych oraz kręcenie lodów na tych różnych szkoleniach, dotacjach itd.

 

I gdy słyszę, jaki to kolejny zbawczy program ma rząd pani premier Beaty Szydło, to mi się już zwyczajnie rzygać chce. Pani dyrektor żłobka i pani wicedyrektor przecież nie będą pracowały za 1500 złotych. Do tego urzędnicy nadzorujący, czy tam zawiadujący z ramienia ministerstwa, miasta, powiatu, czy gminy taki żłobek, do tego księgowa, piastunki dla dzieci, czy jak tam się one nazywają, do tego inni pracownicy, a dla każdego nie tylko pensja, ale też premia, trzynastka, czternastka. Do tego ogrzewanie, telefony, media, gotowanie jedzenia, albo zamawianie jedzenia, z którego to zamawiania, a ściślej przetargu, coś tam pani dyrektor przecież uszczknie. I pewnie całkiem sporo innych rzeczy, dzięki którym oni mogą się nachapać, a które to zwykłemu człowieczkowi, takiemu jak ja, który nigdy nie robił na państwowym, nawet do głowy by nie przyszły. W końcu skoro można „otrzymać dofinansowanie nawet do 80 proc. kosztów projektu”, to hulaj dusza, piekła nie ma!

 

Tacy, co od pokoleń robią na państwowym, są niebywale pomysłowi, jeśli chodzi o pretekst, aby wziąć pieniądze. Pomijam już nawet pana prezesa Rzeplińskiego, który tak ciężko pracował, że nie miał nawet czasu wziąć urlop, dzięki czemu wzbogacił się o jakieś 150 tysięcy złotych, ale o pewną panią dyrektor czy wicedyrektor maleńkiej szkoły podstawowej w jednej z okolicznych wsi. Otóż zarzucono jej, a owym zarzucającym był pracownik też sfery budżetowej, więc pewnie wie, jakie to przekręty na urzędach się robi, że autobus przywozi dzieci do szkoły dzieci specjalnie godzinę wcześniej przed lekcjami, aby pani dyrektor czy wicedyrektor mogła sobie wziąć pieniądze za opiekę nad tymi przywiezionymi o godzinę wcześniej dziećmi.

 

I pewnie tak będzie, że te „nowe wspaniałe” żłobki będą kosztowały podatników więcej, niż wyniosą pensje matek zostawiających w nich, dla „dobra dziecka”, swoje maleństwa. 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

O KOD i ulepszonej demokracji ludowej

wtorek, 27 grudnia 2016 16:45

        Trochę to zabawnie wyglądało, gdy publicyści, dziennikarze, politycy dziwowali się, że KOD, PO, Nowoczesna, „autorytety Solidarności” i tak dalej, stanęli w jednym szereg z pułkownikiem Adamem Mazgułą z ludowego Wojska Polskiego, który uważa, że w 1981 roku, w sposób kulturalny generał Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny i podjęli energiczną walką z polskim rządem, ramię w ramię z ubekami, którzy zapowiedzieli, że nie utrzymają się za 2 tysiące złotych miesięcznie.

 

        Otóż nie ma co się dziwić, oni wszyscy są po tamtej stronie. Cytując Jarosława Kaczyńskiego, są tam, gdzie w sierpniu 1980 roku, stało ZOMO. Nie ma znaczenia, czy partia nazywa się PZPR, SLD, PO, Nowoczesna i czy jakaś organizacja nazywa się ORMO czy KOD. Kiedyś też zmieniali nazwy, była PPR a później kazali na siebie mówić PZPR, było sobie UB, a później SB, była sobie Informacja Wojskowa, później Wojskowe Służby Wewnętrzne, a jeszcze później WSI. Teraz nazywają się jeszcze cudaczniej.

 

        Nie zmienia się natomiast to, że rządzi Polską, pisząc w największym uproszczeniu, partyjno-ubecka zorganizowana grupa przestępcza. Zmianie ulega co najwyżej to, kto w tym układzie ma przewagę, partia czy tajne służby. Jakoś tak wychodzi, że przed stanem wojennym przewagę nad PZPR zdobyły służby wojskowe i tak już zostało. Pewnie gdzieś tak między dopchaniem się Michaiła Gorbaczowa do funkcji genseka, a okrągłym stołem, czerwoni wymyślili, żeby ulepszyć demokrację ludową. To znaczy będą mogły powstawać partie, które będą mogły startować w wyborach do parlamentu. Ale jak powiedział generał Czesław Kiszczak, partie mają być operacyjnie opanowane. Ludzie będą sobie mogli głosować. Ale aparat propagandowy będzie społeczeństwo nieustannie tresował kogo lubić, a kogo nienawidzić.

 

        W praktyce wygląda to tak, że partie są tylko przedstawicielstwami służb (służby natomiast mogą wysługiwać się Niemcom, USA, Rosji, to już zagadnienia na inny artykuł) i mają za zadanie odegrać przed społeczeństwem polskim teatrzyk pod nazwą demokracja. Politycy tworzą partie, pokazują się w telewizorze, udają, że to wszystko na poważnie i kłócą się zaciekle o drugorzędne sprawy. (W zamian mogą nachapać się kosztem społeczeństwa, zupełnie jak strażnicy w Auschwitz). Bo by to głupio wyglądało, gdyby jakiś generał raz na rok odwiedzał sejm i dyktował wszystkim co ma być i jak. Ludzi mogłoby to wkurzyć. A przecież chodzi o to, żeby ludzi trzymać krótko za pyski, mają pracować i pokornie pozwalać się obłupiać z pieniędzy podatkami. Wkurzać się mogą co najwyżej na wroga podsuniętego przez propagandę, na przykład na księdza.

 

        Trzy razy już taka ulepszona ludowa demokracja była zagrożona, gdy Polacy, tak głosowali, że możliwe było powstanie rządu, który wyraźnie nie podobał się ubekom, więc pewnie nie reprezentował ich interesów. (Nie oceniam tu tych rządów, czy podejmowali dobre decyzje, czy nie, tylko zauważam, że nie spodobały się ubekom.) W kolejności były to rządy Jana Olszewskiego, Kazimierza Marcinkiewicza (czego się pewnie ten wstydzi do dziś, gdy przebywa na salonach), Jarosława Kaczyńskiego i Beaty Szydło. I za każdym razem legalnie wybrane polskie rządy były zwalczane przez ubeków, którzy zaraz uruchamiali agenturę, aparat propagandowy i tak dalej. Jest to zachowanie całkowicie logiczne, ubecy uważają, że skoro oni wyrywali paznokcie żołnierzom AK, WiN, NSZ, strzelali do Polaków w Czerwcu 1956 roku, w Grudniu 1970 roku, lali i mordowali ludzi w stanie wojennym, to im się władza nad Polakami najzwyczajniej należy. W końcu nikt nie odwołał słów Władysława Gomułki, który w swoim czasie powiedział, że władzy raz zdobytej, nie oddamy nigdy.

 

        Teraz w pierwszym szeregu walczących z polskim rządem jest Komitet Obrony Demokracji. Ten cały KOD przypomina trochę ORMO, a trochę PKWN. PKWN też nie był polski, niczego nie wyzwalał i nie miał wiele wspólnego z narodem polskim. Zgadza się tylko komitet. Z KOD jest podobnie. Komitet się zgadza, ale z demokracją to już nie mają nic wspólnego, ani z jej obroną, bo w końcu chcą obalić rząd wybrany w wyniku „demokratycznych procedur” przez „demokratycznie wyłonioną większość, w „demokratycznych wyborach”.

 

        Na razie reprezentantom ubeków nie udało się doprowadzić do otwartej interwencji zagranicy, wobec tego zaczęli namawiać sferę budżetową (policja, wojsko, urzędnicy, nauczyciele itd.,) w znacznej części złożoną z ludzi najzwyczajniej okupujących Polskę, aby wypowiedzieli posłuszeństwo rządowi. Nie bardzo wiem, jak miałoby to wyglądać, oni i tak nie słuchają rządu pani premier Beaty Szydło. Najlepiej to widać, gdy minister Mariusz Błaszczak, podlizuje się milicyjnym dygnitarzom, którzy swoją drogą wyglądają na tęgich kryminalistów. Przyznaję, że pan minister Błaszczak wykazuje się pewną odwagą. Ja bym się bał w takim towarzystwie przebywać, a pan minister ma czelność nawet odzywać się w ich obecności bez pytania.

 

        Skoro demokracja ludowa jest zagrożona, to pozwólcie, że i ja powalczę o demokrację. Stary już jestem i nie taki zdrowy jak dawniej, więc będzie to tylko rada. Otóż trzeba znowu wprowadzić stan wojenny i Kaczyńskiego i wszystkich jego zwolenników internować w obozie Auschwitz. Baraki stoją, druty też są, więc nie trzeba będzie poważniejszych inwestycji. Strażnikami w tym nowym Auschwitz będą aktywiści KOD-u, w nagrodę za to, że tak donośnie domagali się obrony demokracji. Wiadomo, przy pilnowaniu więźniów będą mogli się nachapać. Komendantem obozu zostałby pan Mateusz Kijowski. Uszyje się im ładne uniformy, na jednym kołnierzyku będą mieli litery KOD, na drugim tradycyjne SS. A później to wiadomo, głód, zimno, praca. I od razu będzie demokracja! I wszyscy będę szczęśliwi! Co źle mówię?


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O rządzie, sitwach, klikach, mafii i „organizacjach pozarządowych”

poniedziałek, 28 listopada 2016 18:01

        Minął rok, od kiedy najwyższe urzędy w państwie objęli politycy Prawa i Sprawiedliwości. Nie napiszę, że przejęli władzę, bo nie sądzę, aby tak dobrze było w Polsce, żeby Polacy mogli sobie wybierać rządzących. W XVIII wieku Rzeczpospolita była czymś w rodzaju „karczmy zajezdnej”, kto chciał właził z butami i robił co chciał, obce dwory zrywały nasze sejmy, Prusak pobierał rekruta, Rosja trzymała swoje wojska i tak dalej. Teraz jest podobnie, mocarstwa posługują się Polską zupełnie jak posługaczką najniższej kategorii, której można polecić opróżnienie nocnika, posprzątanie po psie, kocie i jej nawet za to nie trzeba rzucać ochłapka z pańskiego stołu.

 

        Do niedawna przy korycie siedziało stronnictwo pruskie i dbało o interesy Berlina. Nagle jednak Stany Zjednoczone potrzebowały pachołka, żeby dokazywał przeciwko Rosji i nacisnęło na odpowiedni guzik (pewnie podpisany ubecy nad Wisłą, albo podobnie) i od razu na przykład Polsat, który jeszcze wczoraj nachwalić się nie mógł prezydenta Bronisława Komorowskiego, pokazał, jak nim jakaś baba rządzi, zupełnie jak osobnikiem niespełna rozumu, mówi mu co ma powiedzieć, co zrobić, a pan prezydent Komorowski wszystkie te polecenia posłusznie wykonuje. Tak więc urzędy i spółki skarbu państwa objęli politycy PiS i realizują politykę amerykańską. Najbardziej tego jaskrawym przykładem są chyba nasze działania wobec Ukrainy. Polscy politycy podlizują się Ukraińcom, Ukraińcy, co tu dużo mówić, srają na nas, a te nasze durnie udają, że tego nie widzą, bo wiadomo, wykonują zadania zlecone i nie wolno im tego widzieć. Byłoby to wszystko śmieszne, gdyby nie to, że ta głupota wystawia na szwank tą naszą biedną Polską.

 

        Skoro tak już jest, że nie możemy wybić się na niepodległość i Polską rządzą inni za pośrednictwem pacanów w garniturach, którzy robią mądre miny i każdą nikczemność starają się usprawiedliwić, to trudno, kijem Wisły nie zawrócisz. Apologeci króla Stasia utrzymywali, że co prawda skakał jak małpa przed rosyjskim ambasadorem, ale naprawiał Rzeczpospolitą. I jeśli nawet było to robienie dobrej miny do złej gry, to sama koncepcja, w takiej a nie innej sytuacji międzynarodowej, wcale nie musi być taka głupia. No bo skoro już siedzą te durnie na stołkach i czekają na polecenia jak nie z Berlina to z Waszyngtonu, to niech w przerwach między wykonywaniem jednego polecenia a drugiego, zrobią coś dobrego dla narodu polskiego. Dzięki temu będą mieli szansę nie zasłużyć na miano szubrawców i zdrajców.

 

        Gdy Andrzej Duda obejmował urząd prezydenta, napisałem tekst, w którym zwracałem uwagę, że podstawowym problemem w Polsce jest podział społeczeństwa na tych, którzy okupują Polskę i korzystają z dobrodziejstw wynikających z okupacji, aż im się z ryjów ulewa i tych, którzy tyrają, żeby okupantów utrzymać, a dostają za swą pracę mniej niż więźniowie w Auschwitz, bo tamtym władze obozu zapewniały chociaż dach nad głową. I coś tam pisałem, że albo będzie to próbował zmienić, albo jego miejsce będzie gdzieś między Bolkiem a Olkiem. Ja tam w tą „dobrą zmianę” nie wierzyłem, a to dlatego, że dobrze słuchałem pani Beaty Szydło podczas kampanii wyborczej i dobrze pamiętam, że powiedziała, iż „nikomu nie zabierzemy”. A najzwyczajniej nie da się naprawić państwa bez rozgonienia mafii, sitw, klik (a więc zabrania im koryta, żerowiska, synekur, jak zwał tak zwał), które okupują tą naszą biedną Polskę.

 

        Rząd pani premier Szydło zrealizował swój „sztandarowy projekt”, czyli jednym zabrał, a drugim dał 500 zł. Krytykowałem moich rodaków, że nie żądali dla swoich dzieci możliwości normalnego funkcjonowania w Polsce, a zamiast tego połakomili się na te 500 zł niczym dziady proszalne na jałmużnę pod kościołem. Moim zdaniem, powinni domagać się wprowadzenia uczciwego, nazwijmy to, systemu, który spowoduje, że jeśli ich syn będzie dobry na egzaminach, to dostanie się na medycynę, a jak będzie dobry na tej medycynie, to będzie miał takie same szanse zostać chirurgiem, jak syn chirurga, że jak ich córka będzie dobra na studiach prawniczych, to będzie miała takie same szanse zostać adwokatem, jak córka adwokata, albo jak ich syn będzie dobry, dajmy na to z archeologii, to będzie miał takie same szanse zostać pracownikiem wyższej szkoły, jak syn profesora. I tak dalej. Ale moi rodacy są mądrzejsi ode mnie i wiedzą, że prędzej znowu będą czołgi na ulicach, niż uda się rozpędzić warstwę, która okupuje Polską. Lepiej mieć więc 500 zł niż nic. Zawsze można uzbierać na bilet do Londynu dla całej rodziny.

 

        Można zadać pytanie, dlaczego rząd nawet nie próbuje rozgonić tych sitw, mafii, klik. Nie wiem, ale coś nam na pewno powie opisany poniżej przypadek. Otóż w telewizji publicznej rządzonej przez Jacka Kurskiego, powiedzieli, że z budżetu Warszawy dostaje szmal „organizacja pozarządowa”, w której dupę tuczy córka pana prezydenta Komorowskiego i inna „organizacja pozarządowa”, w której dupę tuczy córka pana Rzeplińskiego, tego od Trybunału Konstytucyjnego. Z tego powodu, że w telewizorze powiedzieli prawdę, za przepraszanie Komorowskich i Rzeplińskich wziął się pan minister kultury Piotr Gliński, którego żona też tuczy dupę w „organizacji pozarządowej”, a sam minister Gliński pół życia zbijał bąki w stalinowskim tworze nazywanym Polska Akademia Nauk.

 

       Dodam, że pan minister jest w rządzie, którego pani premier nigdy uczciwie nie pracowała, bo (podaję za Wikipedią) albo była jakimś asystentem w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa, albo kierowała działem merytorycznym w Libiąskim Centrum Kultury w Libiążu, albo była dyrektorem ośrodka kultury w Brzeszczach, albo była tzw. samorządowcem, albo posłem i tak dalej.

 


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

O nowym podręczniku

poniedziałek, 19 września 2016 15:29

Pani minister edukacji, która jakoś tam się nazywa i pan prezes IPN, który też się jakoś nazywa, podpisali umowę, dzięki której ma powstać jakiś podręcznik i już wszystko w szkołach będzie dobrze.

Na to oburzył się szef ZNP, który, jakżeby inaczej, też się jakoś nazywa.

No właśnie, problemem jest to, że znaczna część nauczycieli to czerwona zaraza w drugim, trzecim czy czwartym pokoleniu, dla których najwięksi bohaterowie w historii Polski to Włodzimierz Lenin, Edward Gierek i generał Wojciech Jaruzelski.

I czerwona zaraza, niezależnie w którym pokoleniu, gotowa jest do każdej niegodziwości wobec Polski i Polaków. Będzie zwalczać myśl niepodległościową nie mniej zaciekle niż zaborcy, będą wmawiać, że Polacy to antysemici, że zboczeńcy to samo dobro i tak dalej.

I tego ten nowy podręcznik nie zmieni.


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (1) | dodaj komentarz

piątek, 28 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  50 424  

O mnie

Nazywam się Michał Pluta. Od wielu lat bezrobotny z tytułem doktora. Antykomunista, birofil i cyklista, który stara się znaleźć czas, żeby komentować to, co dzieje się w tej biednej Polsce.
Jeżeli zachcieliby Państwo wesprzeć wolne słowo, proszę o wpłatę na konto: 72 1090 2415 0000 0001 0705 7781.
Pozdrawiam!

O moim bloogu

Jest to przede wszystkim bloog społeczno-polityczny omawiający aktualne wydarzenia w Polsce.